Co, gdzie, kiedy?
Event Horizon Festival
Atlas Arena., Łódź
15 października 2011r.
Wystąpili:
Living on Venus
Hurt, Happysad
Dezerter, Akurat
Pidżama Porno
Po ponad dwutygodniowych zawirowaniach stricte technicznych postanowiłam nadrobić zaległości, bo nie ukrywam, iż trochę się tego nazbierało.
Przekraczając bramy niemal przecierałam oczy ze zdziwienia. Co prawda wiedziałam, że bilety, przynajmniej te na płytę, były już od jakiegoś czasu wyprzedane, aczkolwiek świadomość tego wcale nie zmniejszała mojego zdumienia na widok gigantycznie długiej kolejki do wejścia. Pierwsza myśl - o dotarciu na koncert Living on Venus mogę sobie pomarzyć, ale na szczęście wystarczyło pofatygować się parę metrów dalej, dosłownie pięć kroków do wejście numer "nie pamiętam", przy którym stało co najwyżej 15 osób. Ludzie są naprawdę dziwni.. Po kilku minutach drzwi zostały otwarte i dopiero wtedy stado (pchali się nieludzko i ten fetor!) gówniarzerii zleciało się do tegoż to wejścia. Ja naprawdę rozumiem, że niektórzy zmuszeni byli do wielogodzinnej podróży pociągiem, samochodem etc., ale przecież istnieją antyperspiranty,bo smród, zwłaszcza pod sceną był nie do zniesienia; taka mieszanka potu i alkoholu, ohyda. Z kolei przy szatniach dla każdego czekała niespodzianka - papierowe szapoklaki. Pomysł może i fajny aczkolwiek chyba nieprzemyślany.. słabe wykonanie, rozwalały się, w czasie pogo spadały ludziom z głowy i jedynie walały się pod nogami, przez co panował nie tylko odór, ale i wielki rozgardiasz. Ponadto po prostu wszystko zasłaniały, więc ani to ładne, ani praktyczne, ani wygodne, przez co nie skusiłam się na jego przyodzianie.. Kolejnym minusem były ceny; zapiekanki po 10 czy 12 zł to naprawdę gruba przesada. Za to na plus zasługują bardzo mili szatniarze, ale przejdźmy do koncertów..
LIVING ON VENUS
Są młodzi, nawet przystojni i grają energicznego rocka alternatywnego. Przyglądam się ich poczynaniom już od ponad roku, więc niebywale ucieszyłam się, że wreszcie będę mogła usłyszeć i zobaczyć ich na żywo, tym bardziej, że wypadli naprawdę świetnie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) koncert całej drugiej edycji EHF. Szkoda jedynie, że jeszcze tak mało osób ich zna, przez co grali do prawie pustej Atlas Areny, ale myślę, że ci, co pofatygowali się pod scenę nie żałowali, zwłaszcza, że chłopacy brawurowo wykonali cover Pidżamy - Spokój w głowach, tym samym porwali początkowo drętwy tłum do szaleńczego pogo, za co należy się im 5+. Czekam na debiutancką płytę!
HURT
Tak się złożyło, że był to bodajże czwarty koncert Hurtu, na jakim miałam okazję zawitać. Szczerze mówiąc wiedziałam czego się spodziewać, bo te trzy poprzednie były dokładnie takie same. Tym razem zabrakło jedynie durnowatych, czerwonych misiów i menadżera przebranego za księdza, co myślę, że zrobiło jedynie na dobre koncertowi, bo o dziwo bawiłam się naprawdę świetnie, właściwie tego dnia najlepiej i muszę przyznać, że nowy image Maćka Kurowickiego bardzo, ale to bardzo przypadł mi do gustu.
AKURAT
Ostatnio widziałam ich dwa lata temu, w Dekompresji właśnie i naprawdę nie rozumiem, co wtedy ujęło mnie w ich twórczości, bo tym razem nie wypadli najlepiej, może dorosłam, a może po prostu w setliście umieszczono za dużo piosenek z najnowszej, notabene bardzo kiepskiej płyty. Spodziewałam się raczej koncertu w stylu 'the best of', więc nie ukrywam swojego rozczarowania, tym bardziej, iż zabrakło mojego ulubionego Pikeranika..
DEZERTER \ HAPPYSAD
Jestem ciekawa, kto wymyśli tak idiotyczną kolejność występowania artystów, bo coś jest nie halo, jeśli legenda polskiego punk rocka, obchodząca swoje trzydziestolecie występuje przed może i lubianym, aczkolwiek absolutnie nic nie wnoszącym na polską scenę muzyczną zespołem dla gimnazjalistek Żadnego z powyższych koncertów nie widziałam w całości. Na Dezerterze było po prostu za głośno, przez co nie udało mi się wysłuchać całego występu. Poza tym w takim zgiełku każda piosenka brzmiała tak samo, a dopiero przy szatniach wszystko było wyraźnie słychać, chyba po prostu punk nie jest dla mnie. Happysad jak zwykle mnie specjalnie nie poruszył, ani tym bardziej zachwycił, ale z tego co widziałam ludzie bawili się świetnie (przynajmniej niektórzy, tu wymienię chłopaka, który najwidoczniej przesadził z alkoholem i o mało mnie nie zarzygał). Jednak ja najwyraźniej nie rozumiem fenomenu tej kapeli, koniec >.<
PIDŻAMA PORNO
Czyli rozczarowanie roku..tu po prostu nic się nie zgadzało. Z każdym utworem było słychać, że są niezgrani, że nie grają ze sobą na co dzień. Wokal Grabaża też zostawiał WIELE do życzenia. Śpiewał nierówno, nie trafiał w tonację i do tego te żenujące i totalnie sztywne "pogawędki" z Kozakiem między piosenkami.Przemilczę beznadziejne pomysły na "nową nazwę zespołu". Na plus działała jedynie setlista, w tym wypadku bowiem cieszyłam się, że nie zaserwowano nam kolejnego "hitowego" koncertu, jak to miało miejsce w ubiegłym roku w Jarocinie. Tym razem miało być ambitniej, nie mniej uważam, że to skandal, iż zabrakło chociażby Twojej Generacji. Ponadto myślę, że organizatorzy najzwyczajniej przesadzili z ilością koncertów, ponieważ na jakby nie było 'gwieździe wieczoru' wszyscy byli nie lada zmęczeni, a płyta z piosenki na piosenkę wyludniała się. Nic więc dziwnego, że po pierwszym zejściu zespołu ze sceny (bo bisowali bodajże trzy razy) ludzie masowo rzucili się do wyjść, co jednak wyglądało trochę kuriozalnie.
Podsumowując dziękuję moim znajomym za bilet na EHF, bo gdybym ze swojej, skromnej kieszeni miała wyskrobać te 60 czy 70 PLN na bilet to plułabym sobie w brodę jeszcze do dzisiaj. Podziwiam natomiast ludzi, którzy przemierzyli prawie całą Polskę, aby dotrzeć na 'jedyny w tym roku' koncert PP,bo ci to dopiero muszą być rozczarowani..



